Zapomnijcie o green screenie. Na ekranie „Dzikiego” zobaczycie pionowe ściany skał, lasy spowite mrozem, gdzie każdy krok stawał się wyzwaniem, i mgłę, która w zaledwie kilka minut potrafiła pochłonąć całe pasmo górskie. Brzmi jak cyfrowe efekty specjalne? Absolutnie nie. Twórcy „Dzikiego” podjęli wyzwanie, na które dotąd nikt w Polsce się nie odważył, zamiast studia, wybrali wysokie góry i pozwolili, by to natura dyktowała zasady gry.
Film Powstawał w Rytmie Żywiołu
Realizacja „Dzikiego” była prawdziwym sprawdzianem wytrwałości. Zdjęcia trwały kilkadziesiąt dni, rozciągając się od pełnego lata po śnieżną, surową zimę. Każdego dnia kilkadziesiąt osób musiało wspinać się z ciężkim sprzętem w miejsca, do których nie prowadzi żadna droga. Jak wspomina operator Bartek Cierlica, największym wyzwaniem produkcyjnym nie była historia, tylko walka z samym żywiołem.
Nieprzewidywalna mgła często przejmowała rolę reżysera, zamykając plan na całe godziny i zmuszając ekipę do improwizacji oraz natychmiastowych zmian scenariusza. Rzadko zdarza się w kinie, by to pogoda, a nie osoba za kamerą, decydowała o rytmie i przebiegu ujęć.
Kamera z „Diuny. Część druga” w ekstremalnym chłodzie
Aby uchwycić ten majestat, sięgnięto po sprzęt z najwyższej półki. Po raz pierwszy w polskim kinie na planie pojawiła się kamera ARRI ALEXA 65, ten sam sprzęt, którym filmowano produkcje pokroju „Diuny” (w części drugiej). Jednak tym razem musiała ona pracować w ekstremalnym zimnie, dźwigana przez ludzi po stromych, śliskich stokach.
Efekt jest piorunujący, kadry, na których góry nie są tylko tłem, ale stają się równorzędnym, potężnym bohaterem. Ta decyzja o autentyczności krajobrazu była kluczowa.
„Dziki” to świadectwo wytrwałości i skali
„Dziki” to projekt o imponującej skali. Przy budżecie rzędu kilkunastu milionów złotych i zaangażowaniu setek osób, nie są to jednak same liczby, które robią największe wrażenie. Prawdziwa wartość leży w braku kompromisów. Widz zobaczy na ekranie prawdziwe góry, prawdziwą mgłę i nieudawany żywioł, bez uciekania się do kosztownych efektów specjalnych.
Ten film to coś więcej niż tylko opowieść osadzona w XVII wieku. To świadectwo tego, że polskie kino jest gotowe sięgnąć po skalę i szczerość obrazu, których dotąd często brakowało.
Autor zdjęć: Kamil Kułagowski

